— Wygnałem na ugór, sam spętałem i na lince przywiązałem do kołka! — tłumaczył się płaczliwie Michał.
— Nie cygań. Wuj się z tobą rozmówi, no...
— Ja nie wygnałem, mówię ciotce.
— A kto? Ksiądz może? — wrzeszczała urągliwie.
— Zgadła ciotka, ksiądz wypasł swoimi końmi! — podniósł głos.
— Wściekł się! Przywrzyj pysk, żeby się nie rozniesło!
— Nie przywrę, w oczy mu powiem, bo widziałem. Ciotka na mnie krzyczy, a to ksiądz wypasł. Poszedłem do dnia po konie: gniady leżał, a klacz się pasła; były tam, gdzie je zostawiłem na noc. Dosyć zostawiły śladów, można sprawdzić, jeszcze gorące. Rozpętałem je i wsiadłem na gniadego, a tu widzę, że w naszej koniczynie jakieś konie. Świtało dopiero, dostałem się przegonem pod księży ogród, żeby im drogę zastąpić. Wyłażę na dróżkę Kłębową, a tu proboszcz stoi z brewiarzem, rozgląda się dokoła i raz po raz popędza je batem coraz głębiej w koniczynę, to...
— Cicho, Michał! Słyszane to rzeczy, żeby sam ksiądz... Dawno już mówiłam, że to siano w przeszłym roku... Cicho, tam jakaś kobieta stoi.
Potoczyła się naprzód śpiesznie, właśnie i organista krzyczał spod pierzyny na Michała.
Tereska oddała jej węzełek z jajkami, a podejmując za nogi, prosiła nieśmiało o przeczytanie listu od męża.