Bo też kłóciły się, że niech Bóg broni! Wójtowa, cicha zazwyczaj i zgodliwa kobieta, jakby się dzisiaj wściekła — srożyła się coraz barzej, zaś Kozłowa z rozmysłu nieco przycichała i nie przepuszczając niczego, żgała ją powoluśku naśmiechliwymi słowami.
— Jazgocz se, pani wójtowo, jazgocz. Pieski cię nie przeszczekają! — wołała.
— A bo to pierwszy raz, a bo to drugi! Nie ma tygodnia, by mi co z chałupy nie zginęło! Kokoszki nieśne, kurczęta, kaczki, a nawet stara gęś, że już nie wypowiem tych szkód na ogrodzie i w sadzie! A bodajś się struła moją krzywdą! Żeby cię pokręciło! Żebyś stergła pode płotem...
— Ozdzieraj się, wrono, krzycz, to ci ulży, pani wójtowo...
— A tom dzisiaj! — zwróciła się do Tereski, wyłażącej na drogę — a tom rano pięć kawałków płótna wyniesła na bielnik446. Zachodzę po śniadaniu, aby je zmoczyć. Brakuje jednego! Szukam! Jakby pod ziemię się zapadł! Dyć kamieniami przycisnęłam, a wiatru nie było! Płótno cieniuśkie, paczesne447, że kupne nie byłoby lepsze... I zginęło!
— Kiej świni tłuszcz ci ślepie zalewa, toś nie dojrzała!
— Boś mi płótno ukradła! — wrzasnęła.
— Ja ci ukradłam! Powtórz to jeszcze, powtórz!
— A ty, złodzieju jeden! Przed całym światem zaświarczę. Przyznasz się, kiej cię w dybach do kreminału popędzą.
— Złodziejką me przezywa! Słyszyta, ludzie! Do sądu podam, jak Bóg w niebie, wszyscy słyszeli. Ja ci ukradłam? Masz świadki, ty torbo448?