— Czekaj tatka latka, a kajże się to na zimę podziejem? Kaj? — wybuchnęła Weronka i zapłakała żałośliwie.
Pomilkli. Mateusz zbierał swoje porządki ciesielskie, Stacho drapał się w głowę, a Bylica nos wycierał za węgłem, że w tej smutnej cichości jeno Weronczyn płacz chlipał.
Naraz pan Jacek się podniósł i głośno rzekł:
— Nie płaczcie, Weronka, drzewo się na chałupę znajdzie.
Osłupieli, stając z rozdziawionymi gębami, aż dopiero Mateusz pierwszy się pomiarkował i śmiechem gruchnął:
— Mądry obiecuje, a głupi się raduje! To głowy nie ma kaj przytulić, a chałupy będzie drugim rozdawał! — powiedział ostro, spode łba patrząc na niego, ale pan Jacek już się nie ozwał; siadł znowuj na progu, zakurzył papierosa i jak przódzi, skubiąc bródkę, po niebie wodził oczyma.
— Poczekajta ino, a niezadługo i cały folwarczek wama przyobieca.
Zaśmiał się Mateusz i rzuciwszy ramionami, poszedł.
Na lewo się wziął zaraz z miejsca, ścieżką wiodącą pod stodołami.
Mało ludzi robiło dzisiaj na ogrodach, bo jeno kajś niekaj czerwieniała kobieta albo jakiś chłop naprawiał dach, to cosik majdrował we wrótniach stodół, powywieranych na pola.