— Poniechaj, bo mi Tereska ślepie wydrapie za ciebie!
— Jagusia! — ledwie jęknął.
— Do swojej żołnierki wróć se z jamorami... Wysługuj się, póki tamten nie wróci. Odpasła cię w kreminale, naszkodowała się na ciebie, to jej teraz odrabiaj! — chlastała kiej batem, a tak wzgardliwie, że Mateusz zapomniał języka w gębie.
Wstyd go przejął, poczerwieniał kiej burak, przygiął się i uciekł po prostu.
A Jagnę, choć powiedziała, co czuła i z czym się już cały tydzień nosiła, żal teraz ogarnął. Nie myślała, iż się ozgniewa i pójdzie sobie.
„Głupi, przeciech ja ino tak sobie powiedziałam, przez złości!”, myślała, markotnie patrząc za nim. „I żeby się zaraz ozgniewać!”.
— Mateusz!
Ale nie usłyszał, śmigając przez sad jakby poszczuty.
— Zła osa, ścierwo! — mruczał, lecąc już prosto do domu.
Gniew nim miotał na przemian z podziwem. Jakże, zawdy była taka trusia, gęby ozewrzeć nie poredziła. Toć go sponiewierała kiej psa! Wstyd nim zatrząsł, że obejrzał się, czy aby kto nie słyszał jej pyskowania.