Tereskę mu wypomina! Głupia! Co mu ta żołnierka? Zabawa i tyla! A jak to ślepiami sypnęła! Jak to hardo pod bok się ujęła! Jak to buchnęło od niej lubością! Jezu, i w pysk wziąć od takiej nie wstyd, bele się jeno dostać do miodu... Cięgotki go wzięły, zwolnił kroku przed chałupą.

„Ozgniewała się, żem o niej przepomniał... Bogać, com winowaty... I o Tereskę...”. Skrzywił się jak po occie. Dosyć już miał tej płaksy, zbrzydły mu te ciągłe kwiki. Nie ślubował przeciek, bych się jej musiał trzymać jak ten ogon krowy! Ma przeciek chłopa! I ksiądz gotów go jeszcze wypomnieć z ambony! Z taką to i człowiek flaczeje. „Psiakrótka z tymi babami!”, srożył się w sobie.

Obiad się dopiero dogotowywał, skrzyczał więc Nastkę za mitrężenie i zajrzał do Tereski. Właśnie krowę doiła w sadzie. Podniosła na niego oczy dziwnie smutne, ledwie co obeschłe z płaczu.

— Czegoś to buczała?

Tłumaczyła się cicho, miłującymi oczyma ogarniając twarz jego.

— Wymion byś lepiej pilnowała, strzykasz ano mlekiem na wełniak.

Kwardy był dzisiaj i przez dobroci, że łamała sobie głowę, co mu się stało, sprawując się już kiej trusia, gdyż za każdym odezwaniem złością pryskał i ślepiami toczył.

Niby to czegoś po sadzie szukał i kole domu, a głównie przyglądał się jej kryjomo, dziwując się coraz barzej: „A gdzież to miałem oczy? Takie to cherlawe i wymiękłe... Ni to z pierza, ni z mięsa! Gnat rozkwaszony. Cyganicha prosto. Ni postury, ni...”.

Prawda, jedne oczy to miała piękne, równe może Jagusinym — ogromne, jasne kiej niebo i czarnymi brwiami opięte. A ilekroć spotkał się z nimi, odwracał głowę i klął z cicha:

— Wytrzeszcza ślepie niby cielak, kiej ogon podniesie!