Niecierpliwiło go to patrzenie i w sroższy gniew wprowadzało. „Na złość na cię nie spojrzę, ślepiaj se psu w ogon! Nie przeciągniesz me”.

Razem jedli obiad, ale ni razu do niej się nie ozwał, ni nawet spojrzał w jej stronę. Nastce jeno przygadywał co trocha:

— Pies by się nie chycił za taką kaszę: jak uwędzona!

— Bogać ta, ździebko jeno przypalona i kiej cie w zęby kłuje...

— Nie przeciwiaj się! Muchami ją zmaściłaś, więcej ich niźli skwarków.

— Już mu muchy szkodzą! Jaki przebierny! Nie strujesz się!

Zaś przy kapuście wyrzekał na stare sadło.

— Mazią od woza omaścić, też gorsze by nie było.

— Poliż osi, to obaczysz. Ja ta nie probantka455! — odpowiadała twardo.

Czepiał się bele czego i piekłował. Że Tereska cały czas się nie odzywała, to zaraz po obiedzie wziął się i do niej, dojrzał bowiem jej krowę cochającą się o węgieł.