— Na żniwa się obiecują. Tereska latała dzisia z listem do organisty, bych przeczytał. Powiadał mi o tym.
— To ci nowina! Jasiek powraca! — zawołał bezwolnie.
Zmilkli wszyscy, jeno ślipia obleciały po sobie, a kobiety się sczerwieniły, powstrzymując śmiech. Nie pomiarkował i jakby rad wieści, powiedział spokojnie:
— Dobrze, co powraca. Może przestaną obgadywać Tereskę.
Jaże łyżki zawisły nad michą, tak się zdumieli. A on, tocząc zuchwałymi ślepiami, dodał:
— Wiecie, jak jej nie szczędzą. Nic mi do niej, chociaż mi powinowata z ojcowej strony, ale żeby tak na mnie padło, dobrze bym pleciuchom gęby pozatykał. Zapamiętaliby! A już kobiety la drugich najgorsze: niechby najbielsza, nie przepuszczą i błotem obwalą.
— Pewnie co tak, pewnie! — przywtórzyli, wbijając oczy w michę.
— Byliście już u Boryny? — zagadnął niespokojnie.
— Dyć zbieram się i zbieram, a co dnia cosik przeszkodzi.
— Za wszystkich cierpi, a nikto o nim nie pamięta.