Że pokrótce, jeszcze nim rosa obeschła, na czarnych kapuśniskach, pociętych jeno bruzdami pełnymi wody polśniewającej w słońcu, zaroiło się od czerwieni.
Kłębowa z córkami też tam pociągnęła, zaś Kłąb z Mateuszem i chłopakami wzięli się do podpierania chałupy.
Ale skoro słońce zaczęło przypiekać, stary zdał robotę na synów i wywoławszy Balcerka, poszli odwiedzać Borynę.
— Piękny czas, kumie — rzekł Kłąb, przyjmując tabakę.
— Galanty. Byle jeno za długo nie przypiekało.
— Stronami przechodzą deszcze, toż i nas nie ominą.
— Robactwo jaże się roi na drzewach, na suszę się ma.
— A jarzyny spóźnione, mogłoby przypalić. Może Pan Jezus nie dopuści... Cóż ta na jarmarku? Dowiedzieliście się co o koniu?
— I... Dałem starszemu trzy ruble, przyobiecał.
— Że to przezpieczności nie ma żadnej! Człowiek pod strachem cięgiem żyje jak ten zając, a nikto nie poradzi.