Bywało nieraz, iż całe dni leżał bez kropli wody. Może by i pomarł prosto z głodu, gdyby nie Witkowe dobre serce, któren porywał, co się jeno dało, i niósł gospodarzowi, a nawet krowy często poddajał kryjomo i mlekiem go poił. Chory bowiem przejmował go dziwnie frasobliwą troską, aż raz ośmielił się zapytać parobka.
— Pietrek, prawda to, że kto przez spowiedzi zamrze, do piekła idzie?
— Prawda. Przeciek ksiądz zawdy tak mówią w kościele.
— To i gospodarz by do piekieł poszli? — przeżegnał się trwożnie.
— Taki człowiek jak i drugie.
— Hale! Gospodarz taki człowiek jak i drugie! Hale!
— Głupiś kiej głąb kapuściany! — zaperzył się Pietrek, długo mu tłumacząc, ale Witek nie uwierzył; swoje on wiedział i zgoła drugie.
Tak ano przechodziły dnie w Borynowej chałupie...
Zaś na wsi kotłowało się kiej w garnku.
Wójtowa bitka to sprawiła. Obie bowiem strony szukały świadków, przeciągając naród na swoją stronę.