— Poradźcie się księdza, obaczycie, co wama przytwierdzi moje słowa. Poznacie, żem prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno przed nikim ani pary z gęby, bych się strażnicy nie zmiarkowali, zaś wtedy i za tysiące go nie puszczą, a jeszcze w kajdany zakują — zakończył poważnie.
— Skąd wziąć na wykup! Tylachna pieniędzy! — jęknęła.
— Znam kogoś z Modlicy, kto by dał na dobry procent... Znam i drugich... Pieniądze by się nalazły... Moja w tym głowa... Pomógłbym.
I długo jeszcze radził a namawiał.
— Rozważcie, trza rychło postanowić.
Odszedł cicho, że ani spostrzegła, kiej się zapodział w nocy.
Późno już było. W chałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby stróżując gospodyni; na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadach. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem przez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kurzawy; staw polśniewał wskroś drzew kieby tafla lodowa... Aże dzwoniło w uszach od tej cichości a słowiczych kląskań i zawodzeń.
Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby przykuta. „Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego!”, myślała jedno w kółko.
Groza ją przejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i przerażeniem.
Łapa zaczął wyć na podwórzu, słowiki ścichły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum przeleciał.