— Kubową duszę obaczył! — szepnął Witek, żegnając się strachliwie.
— Głupiś! — skarciła go, spać wypędzając.
— Kiej przychodzi, do koni zagląda, obroku im dosypuje... Bo to raz?
Nie słuchała już. Cichość znowu spadła na świat, słowiki zaśpiewały, a ona siedziała kieby zmartwiała, powtarzając niekiej z męką i strachem:
— W cały świat uciekać! Na zawsze! Jezu miłosierny! Na zawsze...
IX
Jeszczech były po świątkach umajenia chałup do cna nie przewiędły, kiej któregoś dnia rankiem najniespodziewaniej zjawił się Rocho.
Jeno co dopiero po mszy i długiej rozmowie z księdzem pokazał się na wsi. Niewiela ludzi kręciło się w obejściach, że to pora była osypywania ziemniaków, lecz skoro się rozniesło, jako Rocho idzie przez wieś, wnet ci ten i ów na drogę śpieszył witać dawno niewidzianego.
A on zaś szedł, jak zawdy na kiju się wspierając, wolniuśko, z podniesioną głową, w tej ci samej kapocie szarej, i tak samo z różańcami na szyi. Wiater mu rozgarniał siwe włosy, a chuda twarz jaśniała dziwną dobrocią i weselem.
Wodził oczyma po chałupach i sadach, prześmiechując się radośnie do wszyćkiego. Witał się z każdym z osobna, że nawet dzieciom, co się były do niego garnęły, głowiny przygładzał poczciwie; zaś do kobiet pierwszy zagadywał, tak był rad, że wszystko zastaje po dawnemu.