Słońce zaś było już ino44, ino...

Aż i ono pokazało się zza lasów dalekich. Wychylało się z przepaści i kieby tę ogromną, złocistą i rozgorzałą ogniami patynę wynosiły boże, niewidzialne ręce nad sennymi ziemicami45; i żegnając światłością świat, żywe i umarłe, rodzące się i struchlałe46, rozpoczynało świętą ofiarę dnia, że wszystko jakby z nagła padło w proch przed majestatem i zamilkło, przywierając oczy niegodne.

I oto dzień się stał — jako to nieobjęte morze weselnej światłości.

Mgły kiej wonne dymy z trybularzów47 biły z łąk ku rozzłoconemu niebu, a ptactwo i stworzenie wszelkie uderzyło w wielki krzyk śpiewań jakoby w ten pacierz serdecznych dziękczynień.

Słońce zaś urastało wciąż, wynosiło się nad bory czarne, nad wsie nieprzeliczone, coraz wyżej, i wielkie, gorejące, ciepłe kiej to święte oko miłosierdzia Pańskiego brało we władną i słodką moc panowanie nad światem.

W ten czas właśnie, na wzgórzu piaszczystym pod lasem, spod dworskich stogów łubinowych, stojących w podle48 szerokiej i wyboistej drogi, pokazała się stara Agata — powinowata czy krewniaczka Kłębów.

Powracała ona z żebrów, na któren to chleb Jezusowy była poszła jeszcze w kopania49, a teraz ci z nawrotem do Lipiec ciągnęła jako ci ptakowie, zawżdy50 wracający o wiośnie do gniazd swoich.

Stare to było, schuchrane51, słabe i ledwie dychające, iż się widziała jako ta wierzba przydrożna — pokrzywiona, spróchniała, co to się już ledwie tli i domiera w piachach; w łachmanach juści52 była, z kosturem dziadowskim w ręku, z tobołkami na plecach, obwieszona różańcami.

Wylazła spod brogów53 o samym wschodzie i śpiesznie drepcąc, podnosiła do słońca twarz szarą i wyschłą jako te płone54 ugory zeszłoroczne; jeno jej siwe, zaczerwienione oczy rozbłyskiwały radością.

Jakże! Po długiej i ciężkiej zimie do swojej wsi rodzonej wracała, to biegła aż truchcikiem, że ino torbeczki wyskakiwały po bokach i dzwoniły różańce. Ale iż ją spierało55, a zadychliwość56 raz wraz chwytała się bolących piersi, to musiała przystawać, wolnieć i już szła ciężko, z utrudzeniem, jeno tymi głodnymi oczyma latając po świecie i pośmiechując się do tych pól szarych, w zielonawe mgły przysłonionych, do wsi wynurzających się z wolna z mgielnych topieli, do tych nagich jeszcze drzew stróżujących nad drogami lebo57 samotne stójki odbywających po polach — do całego świata!