Mgły się zakolebały20 z nagła, wzdęły i ruchający21 ciężko, niby wody roztopów wiosennych, biły w czarne pola albo zasie22, kieby23 dymy kadzielne, wionęły sinym przędziwem24 ku niebu.
Dzień się już stawał i przepierał25 z blednącą nocą, która przywierała do ziem grubym, przemoczonym kożuchem.
Niebo się rozlewało z wolna światłościami, zniżając się coraz barzej26 nad światem, że już kajś niekaj27 wydzierały się28 na jaśnię29 czuby drzew, oprzędzone30 mgłami, a gdzie znów, na wyżach31, jakieś pola szare, przesiąkłe rosą, wyleniały się32 z nocy; to stawy zamigotały poślepłymi lustrami albo strumienie, kiej długachne, orosiałe przędze, wlekły się wskroś mgieł rzednących i świtów.
Dzień się już czynił coraz większy, zorze rozsączały się w martwe siności, że na niebie poczynały gorzeć jakoby krwawe łuny pożarów jeszcze niedojrzanych. I tak się galanto33 rozwidniało, iż ano bory wyrastały dokoła czarną obręczą, a wielka droga, obsiadła rzędami topoli pochylonych, utrudzonych jakoby w ciężkim chodzie pod wzgórze, dźwigała się coraz widniej na światłość. Zaś wsie, potopione w mrokach przyziemnych, wyzierały gdzieniegdzie pod zorze, kieby te czarne kamienie spod wody spienionej, i poniektóre już drzewa co bliższe srebrzyły się — całe w rosach i brzaskach.
Słońca jeszcze nie było. Czuło się jeno, że leda34 pacierz wyłupie się z tych zórz rozgorzałych i padnie na świat, któren dolegiwał ostatków, ozwierał35 ciężko mgławicami zasnute oczy, poruchiwał się36 ździebko, przecykał37 z wolna, ale jeszczech38 się lenił w słodkim, odpoczywającym dośpiku39, bo cichość padła barzej w uszach dzwoniąca, jakoby ziemia dech przytaiła — jeno wiater, jako to dychanie40 dzieciątka cichuśki, powiał od lasów, aż rosy potrzęsły się z drzew.
Aż z tej omdlałej szarości świtów, z tych sennych jeszcze, omroczałych pól — jakoby w kościele rozmodlonym i oniemiałym, kiedy dobrodziej41 ma wznieść na podniesienie42 Hostię Przenajświętszą — wystrzelił z nagła głos skowronkowy...
Wyrwał się gdziesik z roli, zatrzepotał skrzydłami i jął świergotać jako ta z czystego srebra sygnaturka43; jako ten wonny pęd wiośniany tlił się w bladym niebie, bił w górę, głośniał, iż w onej świętej cichości wschodów rozdzwaniał się na świat cały.
Wraz i drugie jęły się zrywać, skrzydełkami bić, w niebo się drzeć i śpiewać zawzięcie, a poranek głosić wszemu stworzeniu czującemu.
A po nich wnet i czajki zakwiliły jękliwie na moczarach.
Boćki też wzięły klekotać rozgłośnie gdziesik po wsiach, jeszcze nierozpoznanych w szarościach.