Zniknęła gdziesik w obejściu, a powróciwszy po jakimś pacierzu, przywarła drzwi na zasuwę i położyła mu węzełek na kolana.
Były w nim papierowe pieniądze, były i srebrne, a nawet było parę złotych i sześć biczów korali.
— To po matce. Dał je Jagnie, a potem snadź odebrał — szepnęła, przykucając przed ławą, na której Rocho rozliczał.
— Czterysta trzydzieści dwa ruble i pięć złotych! Od Macieja, co?
— Tak... Juści... Dał mi po świętach... — jąkała, czerwieniąc się.
— Na zastaw nie starczy, ale moglibyście co sprzedać z inwentarza!
— Juści, mogłabym przedać maciorę... Krowę jałową też by można, zbędna. Żyd już o nią przepytywał... To parę korczyków zboża...
— A widzicie, ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Bez niczyjej pomocy Antka wykupimy. Wie to kto o waszych pieniądzach?
— Ociec mi dali na ratowanie Antka, przykazując, abym nikomu ni słówkiem nie pisnęła. Wama pierwszemu się zawierzam. Jakby Michał...
— Nie rozgłoszę, bądźcie spokojni. Jak powiadomią, że pora, pojadę z wami po Antka. Uładzi się jakoś na dobre, uładzi, moi kochani — szeptał, całując ją w głowę, bo mu się do nóg rzuciła z podzięką.