Zdumieli się tą niespodzianą obroną, a on, wytrząchając pięściami, krzyczał:
— Wójt jeno winien! To ona mu korale zwoziła? Ona go do karczmy ciągała? Ona po całych nocach w sadzie warowała, co? Dobrze wiem, jak przyniewalał i kusił! A może i jakich kropli jej zadał, by mu się nie oparła!
— Obrońca zapowietrzony! Nie ciep się tak, bo obertelek zgubisz.
— Dowie się, co ją bronisz, to ci zasługi podniesie.
— Albo jakie portki po Macieju ochfiaruje!
Aż się pokładali ze śmiechów i przekpiwań.
— Chłop za nią nie stanie się upomnieć ani kto drugi, to ja bronił będę... A będę, psiakrew, i niech jeszcze usłyszę złe słowo, pięści nie pożałuję... Pyskacze juchy, kieby się to przytrafiło z którego siostrą albo kobietą, to by mordy stulili!
— Zawrzyj i ty pysk, parobie jeden! Nie twoja sprawa, pilnuj se końskich ogonów! — gruchnął na niego Stacho Płoszka.
— I bacz, byś czego przódzi nie oberwał — dodał Wachnik.
— A od gospodarzy ci zasie, kołtunie jeden! — dorzucił jeszcze któryś na odchodne.