— Czekajta jeno, może się i na to znajdzie jaka rada.
Mateusz się naraz zerwał, buchnął pięścią w stół i zakrzyczał:
— A czekajcie i róbcie sobie, co chcecie. Mnie już dosyć i jak się ozgniewam, to rzucę wieś i do miasta pójdę. Tam lepiej ludzie żyją.
— Twoja wola, ale drudzy muszą tutaj ostać i jakoś sobie radzić.
— A bo już wytrzymać nie mogę, jaże diabli człowieka bierą. Ciasnota wszędy, że chałupy dziw się nie rozwalają, tyla w nich siedzi. Bieda jaże piszczy, a tu pobok leży ziemia wolna i prosi się, by ją wziąć... A nie ugryziesz, choćbyś zdychał z głodu; nie ma jej kupić za co i pożyczyć nie ma od kogo. Żeby to wciórności z takim urządzeniem.
Grzela opowiedział, jak to jest indziej po drugich krajach.
Słuchali, wzdychając żałośnie, a Mateusz mu przerwał:
— Cóż nama z tego, że drugie dobrze mają! Pokaż głodnemu miskę pełną i schowaj, niech się nachla patrzeniem! Dobrze mają. Kaj indziej to jest opieka nad narodem, nie tak, jak u nas, gdzie każden chłop rośnie se jako ta dziczka w czystym polu, że czy zmarnieje czy też wyrośnie, co to kogo swędzi? Bele jeno podatki płacił, w rekruty szedł i urzędom się nie przeciwił! Mierzi mi się już takie życie i do grdyki idzie...
Grzela, wysłuchawszy cierpliwie, zaczął znowu swoje:
— Jest tylko jeden sposób, żeby Podlesie było nasze.