Przysunęli się jeszcze bliżej, bych i słowa nie stracić, gdy naraz taki wrzask wstrząsnął całą karczmą, jaże szyby zabrzęczały i muzyka grać przestała. Poleciał tam któryś na przewiady i opowiadał potem ze śmiechem, co się stało: Dominikowa narobiła takiego piekła, przyleciała bowiem z kijem po synów, chciała ich bić i siłą do domu zabierać, jeno co się oparli, matkę z karczmy wypędzili, a teraz Szymek jął pić na umor, zaś Jędrzych — pijany do cna — ryczy w kominie.
Nie pytali o więcej, gdyż Grzela zaczął wykładać swój sposób, który był taki: z dziedzicem się pogodzić i w zamian morgi lasu zażądać po cztery morgi pola na Podlesiu!
Zdumieli się wielce i strasznie rozradowali taką możliwością, a Grzela jeszcze powiadał, co tak samo się ugodziła jedna wieś koło Płocka486, o czym był wyczytał w gazecie.
— Dobra nasza, chłopcy! Żydzie, gorzałki! — krzyknął Płoszka we drzwi.
— Za trzy morgi boru rychtyk by nam wypadło dwanaście pola!
— A nam z dziesięć, cała gospodarka!
— I niechby dodał co niebądź krzaków na opał.
— A za paśniki mógłby dać choć po mordze łąki.
— I nieco budulcu na chałupy! — wołali jeden przez drugiego.
— Jeszcze trochę, a będziecie chcieli, żeby wam dodał po koniu z wozem i po krowie, co? — przekpiwał Mateusz.