— Cichocie no! Trzeba teraz namawiać, aby się gospodarze zebrali, poszli do dziedzica i przełożyli, czego chcą. Może się i zgodzi.
Mateusz mu przerwał:
— Jak nie ma noża na gardle, to się nie zgodzi. Jemu zaraz potrza pieniędzy i Miemcy je dadzą choćby jutro, niech się tylko zgodzi. A nim się nasi wydrapią po łbach, nim się naredzą, nim się na jedno zgodzą, nim baby przeciągną na swoją stronę, to miesiące przejdą. Dziedzic ziemię przeda i plecy wypnie; będzie miał o czym czekać, jak wypadnie sprawa z borem. Grzelowy sposób jest mądry, jeno widzi mi się, trza go innym końcem stawiać do pionu.
— To gadajże, Mateusz, radź!
— Nie gadać, nie naradzać się, a trza zrobić tak samo jak z borem.
— Czasem tak można, a czasem nie! — mruknął Grzela.
— A ja ci mówię, że można, w inny ździebko sposób, a to samo wyjdzie... Do Miemców iść całą gromadą i spokojnie im zapowiedzieć, abych się nie ważyły kupować Podlesia.
— A takie są głupie, że zaraz się nas ulękną i posłuchają!
— Toteż im się zapowie, że jeśli nie posłuchają i kupią, to nie pozwolim im siać, nie pozwolim się budować, nie damy krokiem się ruszyć za pola. Zobaczycie, czy się nie ulękną! Wykurzymy ich kiej lisów z jamy.
— A juści, niby to se nie poredzą! Jak Bóg w niebie, tak nas znowu za te pogrozy wsadzą do kreminału! — wybuchnął Grzela.