— Zapakują, to i puszczą, wiekować tam nie będziemy. Ale kiej nas wypuszczą, to la Miemców będzie jeszcze gorzej... Głupie one nie są i przódzi dobrze rozważą, czy im wojna z nami pójdzie na zdrowie. Dziedzic też będzie inaczej śpiewał, jak mu kupców rozpędzimy, zaś nie...
Ale już Grzela nie mógł wytrzymać. Zerwał się od stołu i zaczął z całych sił odwodzić od tych zuchwałych zamysłów. Przekładał, jakie to z tego wynikną procesy, nowe straty la wszystkich, nowe marnacyje, że gotowi powsadzać ich za te ciągłe bunty na parę lat do kryminału... Że to wszystko da się zrobić spokojnie ze samym dziedzicem... Zaklinał na wszystko i błagał, by nowego nieszczęścia nie ściągali na naród. Prawił ze dwa pacierze i jaże poczerwieniał, jaże całował ich posobnie, molestując i prosząc, bych poniechali. Ale wszystko to było na darmo, kiejby groch rzucał na ścianę, że w końcu Mateusz rzekł:
— Prawisz kiej w kościele, jakbyś z książki wyczytywał, a nam czego inszego potrza!
Wraz też wszyscy zaczęli mówić, zrywać się, tłuc pięściami w stół, a wrzeszczeć z wielkiej radości:
— Dobra nasza, na Miemców iść, rozegnać pludraków! Mateusz mądrze radzi, jego słuchamy. A któren się boja, niech pod pierzynę się chowa!
Ani sposób już było do nich mówić, tak ich ponosiło.
Żyd w te porę przyniósł flachę, wysłuchał i ścierając na stole porozlewaną gorzałkę, powiedział nieśmiało:
— Mateusz ma kiepełe487: mądrą radę daje.
— Cie! Jankiel też na Miemców, no! — zakrzyczeli zdumieni.
— Bo ja wolę trzymać ze swoimi. Biedy się użyje, jak i wszystkie, ale jakoś z pomocą boską żyć można... Ale gdzie przychodzą Niemcy, to już tam nie tylko biedny Żydek się nie pożywi, tam pies nie ma co jeść... Niech one zdechną, niech ich ta... Tfy... Choroba wytłucze!