Musieli przez moc gasić ogień na niej i przytrzymywać, bych chociaż twarz spaloną obwalić zmoczonymi szmatami, alić i tak się wydzierała.
— Żebych cię moje oczy więcej nie widziały... Żebych cię...
Szymek zaś, ledwie już dychający, zbity i okrwawiony, jeno patrzał na matkę wytrzeszczonymi ślepiami. Strach go ułapił za gardziel, trząsł się cały, słowa nie mogąc wykrztusić ni wiedząc, co się dzieje.
A ledwie się niecoś uspokoiło, gdy naraz stara wyrwała się kobietom z rąk, skoczyła za komin do drąga z obleczeniem i zdzierając z niego Szymkowe rzeczy, jęła je wyrzucać przez okno do sadu...
— Precz z moich oczu! Nic tu twojego, moje wszyćko! Ani jednego zagonu ci nie dam, ani łyżki strawy, choćbyś zdychał z głodu! — wrzeszczała ostatkami sił i zmożona wreszcie przez srogie boleście, padła z rozdzierającymi jękami.
Ponieśli ją na łóżko.
Ludzi się naszło, że zapchali izbę; w sieniach się już gnietli, a i przez okno wtykali głowy.
Jagna już głowę traciła, nie wiedząc, co poczynać, bo stara już prosto ryczała z bólu. Jakże, toć całą twarz i szyję miała wrzątkiem oblane, ręce popieczone, włosy spalone i oczy, że ledwie widziała.
Szymek siadł w sadku pod ścianą chałupy, brodę wsparł na pięściach i jakby zastygł — okrwawiony, w siniakach cały i w tych krzepnących już soplach krwie na twarzy — nasłuchiwał jeno matczynych jęków.
Mateusz przyleciał wkrótce i ciągnąc go za rękę, rzekł: