— Chodź do mnie. Nic tu teraz po tobie...
— Nie pódę! Gront mój po ojcach, to na swoim ostanę, nie ustąpię! — gadał z ponurą zaciętością, bezwolnie chytając się pazurami za węgieł.
Nie pomogły prośby ni molestowania, z miejsca się nie ruszył i zaprzestał odpowiadać.
Mateusz przysiadł pobok, nie wiedząc, co z nim począć; zaś Jędrek, zebrawszy właśnie powyrzucane kapoty, portki i koszule, związał je w płachtę i położył przed bratem nieśmiało.
— Pódę z tobą, Szymek, we świat, pódę! — skamlał, rzewliwie popłakując.
— Psiachmać! Pedziałem, nie ruszę się stąd, to się nie ruszę! — wrzasnął, tłukąc pięściami we ścianę, jaże Jędrzych przykucnął ze strachu.
Zmilkli, gdyż nowe, straszne jęki rozległy się w izbie — to Jambroż opatrywał chorą. Obłożył poparzone miejsca młodym, niesolonym masłem, przykrył jakimiś liściami, na które znów nawalił zsiadłego mleka i wszystko owinął w mokre szmaty. Przykazawszy Jagusi, by co pacierz zlewała zimną wodą, poleciał śpiesznie do kościoła, gdyż sygnaturka zadzwoniła.
Czas już było na sumę. Ludzie walili całą drogą, wozy turkotały i sporo znajomych zaglądało po drodze do chorej, jaże Jagna drzwi musiała zawrzeć przed ciekawymi; tyle co jedna Sikorzyna z nią pozostała.
Wkrótce i uspokoiło się całkiem. Dominikowa ucichła, od kościoła roznosiło się ciche, brzęczące granie organów i głosy śpiewań tchnęły wskroś sadów rozełkanym, pieściwym trzepotem.
Słońce galanto przypiekało. W przypołudniowej cichości drzewa stanęły bez ruchu, jeno niekiedy zatrzęsła się jaka gałązka i zamrowiły się cienie. Ptactwo pomilkło, zaś czasami ruszyły zboża i dzwoniąc cichuśkim chrzęstem, zagrały płowymi grzywami.