— Hale? Uciekłeś wtedy na ogrodach i jużeś się nie pokazał...
— Boś me skrzywdziła! Śmiałem to? Jaguś... — pokorny już był i dobry.
— Aleć potem wołałam za tobą, nie usłuchałeś...
— Wołałaś to, Jaguś? Naprawdę?!
— Rzekłam! Wydrzeć bym się mogła, a nikto by się nie pokwapił! Kto ta stoi o sieroty? Skrzywdzić to każden gotowy i sponiewierać!
Łuna oblała jej twarz; odwiodła głowę i w zakłopotaniu jęła rozgarniać wodę nogami. Mateusz też się cosik zamedytował.
Cichość się znowu przędła. Granie organów sączyło się kojącą, cichuśką smugą, staw polśniewał i koliste gurby roztaczały się od nóg Jagusinowych kiej węże pręgowate. Cienie się mrowiły po nadbrzeżnej gładzi, zaś pomiędzy nimi zaczęły już latać spojrzenia i wiązać się między sobą...
Mateusza coraz silniej ciągnęło do niej, że wziąłby ją był na ręce kiej to dzieciątko i z nieopowiedzianą dobrością przyhołubił a uspokajał...
— Myślałam, coś mi nieprzyjazny... — ozwała się cichuśko.
— Nigdym ci krzyw nie był... Nie baczysz to?