— Jeszcze trzy razy tyle ostało w domu! — powiedział z naciskiem Grzela.
— Bardzośmy wam radzi. A kiedyście przyszli pierwsi, to może piwa się z nami napijecie... Na sąsiedzką zgodę... Nalejcie no, chłopcy...
— Wychlaj se sam! Jaki szczodry! Nie na piwo przyślim! — zakrzyczeli gorętsi.
Rocho ich przyciszył oczyma, a stary Niemiec rzekł kwardo:
— No, to słuchamy!
Cichość padła, sapanie a krótkie przydechy się rozległy. Lipczaki barzej się zwarły; dreszcz przejął wszystkich. A Niemcy też stanęli jak jeden, wynieśli się naprzeciw zwartą kupą i jęli złymi ślepiami wpierać w chłopów, za brody targać, nabzdyczać a cosik z cicha mamrotać.
Kobiety trwożnie wyglądały oknami, dzieci kryły się po sieniach, zaś jakieś wielgachne, rude psy warczały pod ścianami. A oni z dobre „Zdrowaś” stojali tak naprzeciw w głębokiej cichości kieby to stado baranów, co już ślepiami krwawo toczy, przebiera kopytami, grzbiety pręży, łby przygina i leda chwila runie na się rogami... Aż Rocho przerwał:
— Przyślim od całej wsi po to — mówił po polsku, głośno i wyraźnie — by was prosić po dobroci, żebyście nie kupowali Podlesia...
— Tak! Juści! Po to! — przywtórzyli za nim, trzaskając kijami.
Tamci zrazu osłupieli.