— Co on gada? Czego chce? Nie rozumiemy! — bełkotali, uszom nie wierząc.
Więc im Rocho raz jeszcze i po niemiecku powtórzył. A ledwie skończył, Mateusz ciepnął zapalczywie:
— I byście se, pludry, poszły do wszystkich diabłów!
Skoczyli naraz jakby ukropem polani. Wrzask buchnął, krzyczeli kłębiąc się a szwargocąc zajadle, trząchając kulasami, tupiąc ze złością, że już niejeden z pięściami darł się ku chłopom i wygrażał — ale stali nieporuszeni jak mur, paląc srogimi oczyma, ręce się im jeno trzęsły, a zęby zacinały.
— Czyście wy wszyscy powariowali? — wołał stary, podnosząc ręce. — Wzbraniacie nam kupować ziemię! Dlaczego? Z jakiego prawa?
Znowu mu Rocho wyłożył wszystko spokojnie, szeroko i jak się patrzy. Ale Niemiec, poczerwieniawszy ze złości, wrzasnął:
— Ziemia jest tego, kto za nią płaci!
— Tak wygląda po waszemu. Ale po naszemu jest inaczej, że powinna być tego, komu jest potrzebną — powiedział uroczyście.
— A to w jaki sposób, za darmo może, po zbójecku? — kpił urągliwie.
— Za te dziesięć palców, duża płata! — odpowiedział tak samo Rocho.