Skołtuniły mu się naraz w mózgu wspominki jakichś robót — to sprawy dawne, to jakby odgłosy tego, co się dokoła niego działo przez cały czas choroby. Przesiąkało to w niego w strzępach nikłych, w bladych przypomnieniach, w ruchach zatartych jak skiby na rżyskach i budziło się teraz nagle, kłębiło w mózgu i na świat parło, że porywał się co chwila za jakimś majakiem; lecz nim się go uczepił, już mu się rozłaził w pamięci jako te zgniłe przędze i dusza mu się chwiała kiej płomień niemający się czym podsycić.

Tyle jeno teraz wiedział, co się może śnić o pierwszej zwieśnie drzewom poschniętym — że pora im przecknąć z drętwicy zimowej, pora nabrane chlusty wypuścić ze siebie, pora zaszumieć z wichrami weselną pieśń życia... A nie wiedzą, że płone są ich śnienia i próżne poczynania...

Za czym cokolwiek robił, czynił, jako ten koń po latach chodzenia w kieracie czyni na wolności, że cięgiem się jeno w kółko obraca z przywyku.

Maciej otworzył okno i wyjrzał na świat. Zajrzał do komory i po długim namyśle pogrzebał w kominie, zaś potem — jak stał, boso i w koszuli — poszedł na dwór.

Drzwi były wywarte, całą sień zalewało księżycowe światło. Przed progiem spał Łapa, zwinięty w kłębek, ale na szelest kroków przebudził się, zawarczał i poznawszy swojego, poszedł za nim.

Maciej przystanął przed domem i skrobiąc się w ucho, ciężko się głowił, jakie go to pilne roboty czekają?

Pies radośnie skakał mu do piersi. Pogładził go po dawnemu, rozglądając się frasobliwie po świecie.

Widno było jak w dzień. Księżyc wynosił się już nad chałupą, że modry cień zesuwał się z białych ścian, wody stawu polśniewały kiej lustra. Wieś leżała w głębokim milczeniu — jedne ptaszyska, co się wydzierały zapamiętale po gąszczach.

Z nagła przypomniało mu się cosik, bo poszedł spieszno w podwórze. Drzwi wszystkie stały otwarte, chłopaki chrapały pod ścianami stodoły. Zajrzał do stajni, poklepując konie, jaże zarżały; potem do krów wsadził głowę — leżały rzędem, że ino im zady widniały we świetle. To spod szopy zachciał wóz wyciągnąć, już nawet porwał za wystający dyszel, ale dojrzawszy błyszczący pług pod chlewami, do niego pośpieszył i nie doszedłszy, całkiem zapomniał.

Stanął w pośrodku podwórza, obracając się na wszystkie strony, bo mu się wydało, że skądciś wołają.