Żuraw studzienny wynosił się tuż przed nim, cień długi kładąc.
— Czego to? — pytał, nasłuchując odpowiedzi.
Sad, porznięty światłami, jakby zastąpił mu drogę; srebrzące się liście szemrały cosik cichuśko.
„Kto me woła?”, myślał, dotykając się drzew.
Łapa, chodzący wciąż przy nim, zaskomlał cosik, że przystanął, westchnął głęboko i rzekł wesoło:
— Prawda, piesku, pora siać...
Ale w mig i o tym przepomniał. Rozsypywało mu się wszystko w pamięci kiej suchy piasek w garściach, jeno że wciąż nowe wspominki popychały go znów gdzieś naprzód; motał się w one złudy jak to wrzeciono w nić uciekającą wiecznie, a cięgiem na jednym miejscu.
— Juści... Pora siać... — powiedział znowu i ruszył raźnie kole szopy opłotkami wiedącymi na pole; natknął się na bróg ów nieszczęsny, spalony jeszcze zimą i już postawiony teraz na nowo.
Chciał go zrazu wyminąć, lecz nagle odskoczył. Rozwidniło mu się na mgnienie, błyskawicą rzucił się wstecz czasu, wyrwał z płota kołek i ująwszy go oburącz kiej widły i z nasrożoną twarzą, rzucił się na słupy, gotowy bić i zabijać. Lecz nim uderzył co bądź, wypuścił kołek bezradnie.
Za brogiem, od samej drogi a pobok ziemniaków, ciągnął się długi szmat podorówki; przystanął przed nim, wodząc zdumionymi oczyma.