— Pietrek jutro na południe ma skończyć wywózkę, to od obiadu weźmie się z Witkiem do rozrzucania; co czasu zbędzie, to i ty pomożesz...
Wrzask gęsi podniósł się przed oknami, wpadł zadyszany Witek.
— Że to nawet gęsiorom spokoju nie dajesz!
— Szczypać me chciały, tom się ino obraniał!
Rzucił na skrzynię cały pęk, wilgotnych jeszcze od rosy, złotakowych rózeg osypanych baźkami. Józka jęła je układać, zwięzując czerwoną wełną.
— Bociek to kujnął cię w czoło? — spytała go po cichu.
— Juści, że nie kto drugi, nie wydaj me ino... — Obejrzał się na gospodynię, wybierającą ze skrzyni świąteczne szmaty. — A to ci powiem, jak było... Wypatrzyłem, że na noc przed gankiem ostaje... Podkradłem się późną nocą, kiej już wszyscy na plebanii spali... I jużem go brał... A choć me kujnął... Byłbym spencerkiem222 go okręcił i wyniósł... Kiej psy me zwietrzyły... Znają me przeciech, a tak docierały, zapowietrzone223, że musiałem uciekać, jeszcze mi nogawice ozdarły... Ale nie daruję...
— A jak się ksiądz dowie, żeś mu wziął boćka?
— A kto mu to powie? A odbierę mu, bo mój.
— A kaj go schowasz, by ci nie odebrali?