I znowu kusztykała, wzdychając ciężko i łzawo wlokąc oczyma.

— Cie85, Płoszkowe żyto... Musi być późne albo i wymiękło ździebko.

Nachyliła się z trudem, dotykając drżącymi, starymi palcami wilgotnych ździebeł i głaszcząc je z miłością jakoby te włosy dziecińskie86.

— Borynowa pszenica, sielny kawał! Juści! Bo to nie gospodarz pierwszy na Lipce? Ale cosik przyżółta, musiało ją przemrozić czy co... Ciężką zimę tu przeszła... — medytowała, spostrzegając po przypłaszczonych zagonach i wbitych w ziemię, obwalanych mułem źdźbłach ozimin ślady wielkich śniegów i wód roztopowych. — Wycierpieli się ludziska niemało, nabiedowali! — westchnęła, przysłaniając oczy dłonią, bo naprzeciw od wsi szły jakieś chłopaki. — Juści, co Michał organistów z którymś organiściakiem. Po wielkanocnym spisie do Woli87 idą, kiej z tylachnymi88 koszykami... Juści, że nie kto drugi.

Pochwaliła Boga, gdy nadeszli, rada wielce zagadać z nimi coś niecoś, ale chłopcy odburknęli pozdrowienie i przeszli prędko, rozgadani ze sobą.

— Dyć89 od tylich skrzatów baczę ich, a nie poznali mnie! — Markotność ją przejęła. — Cie! A skąd by i taką dziadówkę pamiętały! Ale Michał wyrósł galanto, pewnikiem już dobrodziejowi przygrywa na organach...

Rozmyślała, wpatrując się znowu w drogę, że to wyszedł ze wsi Żyd jakiś, pchając przed sobą sporego cielaka.

— A od kogo to kupione? — zagadnęła.

— Od Kłębowej! — odparł, mocując się z biało-czerwonym ciołkiem90, któren się opierał, zawracał i pobekiwał żałośnie.

— To ani chybi po granuli91... Juści... Pognała się92 była jeszcze przed żniwami... A może i po siwej... Sielny ciołek...