— Przesiedziałam do późna przy Florce. Kobiet się też naschodziło i powiadały, co się we wsi dzieje, powiadały...
— W imię Ojca i Syna! — krzyknęła naraz Hanka, zrywając się na równe nogi, bo wiatr tak ano trzasnął wrótniami, że dziw się nie rozleciały; wywarła je z trudem, mocno podparłszy kołkami.
— Wieje sielnie, jeno ciepły jakiś. By deszczu nie sprowadził.
— Już i tak wóz się w polu po sękle291 zarzyna.
— Parę dni dobrego słońca i wnet przeschnie, zwiesna przeciech.
— Żeby choć zacząć sadzić przed świętami!
Przegadywały niekiedy, pilnie zajęte, aż i całkiem przycichły, jeno pacanie przebieranych ziemniaków słychać było, że to dobre rzucały na jedną kupę, a nadbutwiałe na drugą.
— Będzie czym podpaść maciorę i la krów też starczy na picie...
Ale Hanka jakby nie słyszała, przemyśliwając wciąż, jak by się do tych ojcowych pieniędzy dobrać najsprawniej, że tylko niekiedy spoglądała przez wrótnie na świat, na drzewiny rozciapane i szamocące się z wichurą. Postrzępione, sine chmurzyska przewalały się po niebie kiej roztrzęsione snopy, a wiater jeszcze się wciąż wzmagał i tak jakoś ci podwiewał z dołu, iże292 poszycia na chałupie jeżyły się niby szczotka. Ziąb przy tym ciągnął wilgotny i srodze przejęty nawozem, któren wybierali z gnojowiska. W podwórzu zaś było prawie pusto, jeno niekiedy przebiegały rozczapierzone kury, poganiane przez wiater. Gęsi siedziały w zaciszu pod płotem na gąsiętach, cicho piukających293. A co parę pacierzy podjeżdżał ostro Pietrek z pustym wozem, zakręcał dookoła, stawał rychtyk na prost klepiska, zabijał ręce, koniom podrzucał kłak siana i nakładłszy wespół z Witkiem gnoju, podpierał wóz na wybojach, i ruszał w pole.
Czasami znów Józka wpadała z krzykiem, zaczerwieniona, zdyszana, przejęta tym roznoszeniem kiełbas, i trajkotała: