Hanka zajrzała do sieni — nie było go. Zajrzała na swoją stronę; jeno Bylica siedział z dziećmi przy kominie i wystrugiwał im wiatraczki. Nawet w podwórzu szukała; nikaj ni znaku po nim, więc już prosto rzuciła się do komory, choć drzwi były przywarte.
Jakoż kowal stał tam przy beczce z rękoma po łokcie we zbożu i pilnie w nim grzebał.
— W jęczmieniu to by klucz chowali? Co? — wyrzuciła zdyszana, ledwie zipiąc ze wzburzenia i stając groźnie naprzeciw.
— Patrzę, czy nie spleśniały, czy aby zda się do siewu... — jąkał, zaskoczony niespodzianie.
— Nie wasza sprawa! Po coście tu wleźli? — krzyknęła.
Wyjął niechętnie ręce i ledwie hamując wściekłość, zamruczał:
— A wy pilnujecie me, kiej złodzieja...
— Niby to nie wiem, po cóżeście tu przyszli, co? Hale, do cudzej komory właził będzie i penetrował po beczkach, kłódki może będziecie ukręcać, do skrzyń otwierać... Co? — wrzeszczała coraz głośniej.
— Nie powiadałem wama wczoraj, czego nam szukać potrza...
Wysilał się na spokój.