Jagna skoczyła z miejsca, chwytając w garść, co było na podorędziu.
— Bić się chcesz! Bij! Popróbuj ino, to ci te cacaną gębusię tak sprawię, aż się czerwoną oblejesz i rodzona matka cię nie pozna!
Dunderowała, zajadle krzykając nad nią, co tylko ślina i złość na język stoczyła.
I nie wiada zgoła, na czym by się to skończyło — bo już pazury rozczapierzały, drąc się coraz bliżej siebie — gdyby nie Rocho, któren akuratnie w samą porę nadszedł, że Hanka, przywstydzona jego patrzeniem, ochłonęła nieco i zmilkła, zatrzaskując jeno za sobą drzwi z całej złości.
Jagna zaś ostała na izbie, ruchać się nie mogąc z przerażenia; wargi jej latały niby we febrze i serce kołatało, łzy posypały się kiej groch. Aż w końcu oprzytomniała, rzucając w kąt maglownicę296 ściskaną w garści; buchnęła się na łóżko, w boleściwym, nieutulonym płaczu roztrzęsiona.
Hanka tymczasem opowiadała Rochowi, o co im poszło.
Słuchał cierpliwie jazgotliwych i szlochem przeplatanych powiadań, a nie mogąc z nich wiele wymiarkować, przerwał ostro i jął ją surowo gromić. Odsunął nawet podawane jedzenie i wielce rozgniewany po czapkę sięgał.
— Już mi we świat iść przyjdzie i nigdy Lipiec na oczy nie oglądać, kiejście tacy. Złemu to wszystko na pociechę albo Żydowinom, co się ze swarliwości a głupoty chrześcijańskiego narodu prześmiewają! Jezus mój miłosierny, to mało bied, mało chorób, mało głodowań, to się jeszcze w pojedynkę za łby biorą i złością dokładają.
Zadyszał się tą przemową, Hankę zaś przejęła taka żałość i strach, by w gniewie nie odszedł, że pocałowała go w rękę, przepraszając z całego serca.
— Byście wiedzieli, co z nią już wytrzymać ciężko. Na złość wszystko robi, a na moją szkodę. Przecież z krzywdą naszą tu siedzi... Jakże, tylachna gruntu ma zapisane... A nie wiecie to, jaka jest? Co to wyprawiała z parobkami... Jaka... — (nie, nie potrafiła wypomnieć o Antku) — A teraz już się pono z wójtem zmawia... — dodała ciszej. — To juści, że skoro ją dojrzę, to się jaże we mnie gotuje ze złości, iż prosto bym nożem pchnęła...