— Czego? Aby wieś dała dwadzieścia wozów i ludzi do szarwarku307, by w ten mig jechali naprawiać drogę w lesie — objaśniała go Płoszkowa.
— Jakiś większy urząd ma przejeżdżać tamtędy i bez to przykazują zawozić wyrwy.
— Powiedzielim, że wozów ni koni nie damy.
— Któż to pojedzie?
— Niech pierwej puszczą naszych chłopów, to im drogę narządzą.
— Dziedzica by zaprzęgły!
— Same by się wzięły do roboty, a nie penetrowały po chałupach!
— Ścierwy, ukrzywdziciele! — wołała jedna przez drugą, a coraz głośniej.
— Jeno dojrzałam strażników, zaraz mnie cosik niedobrego tknęło...
— Przeciek z wójtem już od rana naradzały się w karczmie.