— Bych ino gorsze już nie przyszło! — westchnęła, składając ręce jak do pacierza.

— Zleciały się kiej sroki, a pyskowały, że niech Bóg broni!

— Jakże, ten się drapie, kogo swędzi!

— Wrzaskiem nie poradzi, jeno nową biedę można sprowadzić!

Rozdrażniony był i zestrachany, by znowu na wieś co złego nie padło.

— Wracacie to do dzieci?

Podniósł się był z ławy.

— Rozpuściłem swoją szkołę: święta; a po drugie, że muszą w chałupach pomagać, tyle wszędzie roboty!

— Byłam rano za najemnikami na Woli. Po trzy złote obiecywałam od orki, jeść bym dała... I ni jednego nie namówiłam. Każden swoje przódzi obrabia, gdzie mu to dbać o kogo! Obiecują przyjść za niedzielę abo i dwie!

— Jezu! Że to człowiek ma ino te dwie, i słabe, ręce! — westchnął ciężko.