— Pójdę, ino już się rozejdźcie! Przecież tyle roboty ma każda w chałupie... Już ja przedstawię dobrze! — prosił gorąco, bojąc się powrotu strażników.
Że zaś w tę porę przedzwonili południe na kościele, to się zaczęły z wolna rozchodzić, rajcując głośno i przystając przed chałupami.
Rocho zaś prędko wszedł do sołtysowego domu, gdzie był teraz mieszkał, nauczał bowiem dzieci w pustej izbie Sikorów, na drugim końcu wsi, za karczmą. Sołtysa nie było doma, podatki powiózł do powiatu.
Opowiedziała mu zaraz Sochowa spokojnie, po porządku, jak to było.
— Bych jeno z tych wrzasków nie wyszło co złego! — zauważyła w końcu.
— Wójtowa wina. Strażniki robią, co im przykazali, on zaś wie, jako we wsi ostały same prawie kobiety, że w polu nie ma kto robić, a nie dopiero na szarwarki jeździć. Pójdę do niego, niech załagodzi sprawę, by sztrafów309 nie kazali płacić!
— To wszystko patrzy, jakby się na Lipcach mściły za las! — powiedziała.
— Któż by? Dziedzic?! Moiściewy! A cóż on ma do urzędów?
— Zawżdy pan z panem łacniej się zmówi, w przyjacielstwie żyją, a mścić się na Lipcach zapowiadał!
— Boże! Że to i dnia spokojnego nie ma! Cięgiem coś nowego!