Jeno u Borynów było cicho i pusto. Hanka poniesła1099 się z dziećmi do którejś z kum1100, Pietrek się też kajś1101 zapodział, a Jagusia nie pokazała się jeszcze od nieszporów, że tylko Józka zwijała się kole1102 wieczornych obrządków.
Ślepy dziad siedział w ganku, nastawiał gęby na chłodnawy wiater, mruczał pacierz, a pilnie nasłuchiwał Witkowego boćka, któren kręcił się w podle1103 rychtując przyczajonym dziobem w jego nogi.
— Cie... Żebyś skisł, zbóju jeden! A to me1104 kujnął! — mruczał zbierając pod siebie kulasy1105 i machał wielkim różańcem, bociek odleciał parę kroków i znowu zachodził przemyślnie z boku z wyciągniętym dziobem.
— Słyszę cię dobrze! Już ci się nie dam. Jaka to jucha zmyślna! — szeptał, ale że w podwórzu rozległo się granie, to oganiając się kiej niekiej1106 różańcem zasłuchał się w muzyce z lubością.
— Józia, a kto tak szczerze rzępoli?
— A Witek! Wyuczył się od Pietrka i teraz cięgiem1107 dudli, jaże uszy puchną! Witek, przestań, a załóż koniczyny źrebakom! — wrzasnęła.
Skrzypki umilkły, zaś dziad cosik1108 se1109 umyślił, bo skoro Witek przyleciał pod chałupę, rzekł do niego wielce dobrotliwie:
— Weź tę dziesiątkę, kiej1110 tak galancie wyciągasz nutę.
Chłopak uradował się ogromnie.
— A zagrałbyś to i pobożne pieśnie, co?