Ale konie ustawały coraz barzej, całe już okryte pianą, a i jemu, chocia był rozdziany do białych portek i koszuli, pot też zalewał twarz i ręce mdlały od pracy, że dojrzawszy Józkę zawołał radośnie:
— W sam czas przyszłaś, a to ostatnią parą dygujemy1842.
Dociągnął skibę pod bór, konie wyłożył i rozkiełznawszy je puścił na trawiastą, podleśną drogę, a sam rzucił się w cień na kraju lasu i kiej1843 wilk zgłodniały wyjadał z dwojaków, a Józka jęła mu trajkotać nad uszami.
— Ostaw me1844, nie ciekawym twoich nowinek — warknął gniewnie, że odszczeknęła gniewnie i poleciała w las na jagody.
Bór stojał cichy, rozprażony, pachnący i kieby1845 ździebko1846 przymglały w słonecznej ulewie, że jeno1847 niekiedy zaruchały się cichuśko zielone podszycia i z głębin buchał ciąg przejęty żywicą abo i jakieś pobłąkane głosy i ptasie śpiewania.
Antek rozciągnął się na trawie i kurzył1848 papierosa, ale jakby przez coraz głębszą mgłę widział dziedzica skaczącego na koniu po podleskich polach i jakichś ludzi z tykami.
Wielgachne chojary1849, kieby z miedzi wykute, wynosiły się nad nim rzucając po oczach chwiejny i morzący śpikiem1850 cień. Już się był całkiem zapadł w cichość, gdy zaturkotał jakiś wóz.
— Organistów parobek na tartak wozi, juści — pomyślał unosząc ciężką głowę i opadł z powrotem, ale już nie zasnął, gdyż ktosik1851 wyrzekł: Pochwalony!
Komornice wychodziły posobnie1852 z lasu z brzemionami drzewa na plecach, zaś w końcu wlekła się Jagustynka, zgarbiona pod ciężarem prawie do ziemi.
— Odpocznijcie, a to wama1853 już oczy na wierzch wyłażą.