— Juści, że może, ale my nie znajdziemy urodniejszej i u lepszej maci!
— Rzekliście!...
— Ja, wójt, to wama mówię, to wierzcie... — Wyciągnął kieliszek, wytarł go połą kapoty, nalał w niego araku i rzekł poważnie: — Słuchajcie, Dominikowa, pilnie, co wama powiem; urzędnik jestem i moje słowo to nie ten ptaszek, co se pisknie, fiuknie i tylaś go już widział! Szymon, też wiadomo, kto jest — nie obieżyświat żaden, ino gospodarz, ociec dzieciom i sołtys!... Miarkujcie se ino, jakie figury do was przyszły i z czym, miarkujcie!
— Dyć wiem, Pietrze, i uważam.
— Mądraście kobieta, to i to wiecie, że prędzej czy później, a Jaguś z domu iść musi na swoje, tak już Pan Jezus postanowił, że ojce dzieci chowają la świata, nie la siebie.
— Oj prawda, prawda, ty matko
Cackaj, czesz, strzeż
I jeszcze dopłać komu —
Żeby wziął z domu...
— Tak już na świecie jest, to i nie zmieni. Chyba kapkę przepijemy, matko?