Zła była.
— Wałkoń jest wasz chłop, to wam powiem.
— Jest wałkoń abo i nie jest! Cóż to będzie robił? Gdzie? U kogo?
— Nie ma to młocki we wsi?
— Parobkiem ni wyrobnikiem nie był, to i nie dziwota, że się do tego nie rwie.
— Przyzwyczai się jeszcze, przyzwyczai! Szkoda mi chłopa, choć wilkiem patrzy i nieustępliwy, rodzonego138 nie uszanował, ale szkoda człowieka...
— A dyć mówili... że jest robota u pana młynarza... dopraszam się... może by pan Antka wziął do roboty... dopraszam się... — buchnęła płaczem, obłapiała go za nogi, całowała po rękach, a prosiła gorąco.
— Niech przyjdzie, prosił go nie będę, robota jest, ale ciężka, przy obróbce drzewa pod piły...
— Dyć poradzi, sposobny do wszystkiego, jak mało któren we wsi...
— Wiem, dlatego mówię, żeby przyszedł do roboty, ale swoją drogą źle wy swojego pilnujecie — źle.