— A dyć przyciszcie się! Gadaniem nic nie poredzi! Cichocie!... — wołał.
— To idźcie do wójta i przedstawcie, albo wszystkie tam pociągniem z mietłami!... — darła się zawzięcie Kobusowa.
— Pójdę, ino już się rozejdźcie!... Przecież tyle roboty ma każda w chałupie... już ja przedstawię dobrze!... — prosił gorąco bojąc się powrotu strażników.
Że zaś w tę porę przedzwonili południe na kościele, to się zaczęły z wolna rozchodzić rajcując głośno i przystając przed chałupami.
Rocho zaś prędko wszedł do sołtysowego domu, gdzie był teraz mieszkał, nauczał bowiem dzieci w pustej izbie Sikorów, na drugim końcu wsi, za karczmą. Sołtysa nie było doma, podatki powiózł do powiatu.
Opowiedziała mu zaraz Sochowa spokojnie, po porządku, jak to było.
— Bych jeno z tych wrzasków nie wyszło co złego!... — zauważyła w końcu.
— Wójtowa wina. Strażniki robią, co im przykazali, on zaś wie, jako we wsi ostały same prawie kobiety, że w polu nie ma kto robić, a nie dopiero na szarwarki jeździć. Pójdę do niego, niech załagodzi sprawę, by sztrafów nie kazali płacić!...
— To wszystko patrzy, jakby się na Lipcach mściły za las!... — powiedziała.
— Któż by?... — dziedzic?!... Moiściewy! a cóż on ma do urzędów?