— Mógłbym ci wymówić choćby tego redaktora, ale że lubię przedewszystkiem spokój...

— Co ci do tego! wtrącam się, jak ty z chórzystkami włóczysz się po gabinetach, co?...

— Ale i ja się ciebie nie pytam, co robisz?... Po co, zresztą, mamy się kłócić?... Tylko Majkowskiej ruszyć nie dam!... Tobie idzie o intrygę, a mnie o byt, przecież dobrze wiesz, że takiej pary bohaterskiej, jak Mela i Topolski, niema nigdzie na prowincyi, niema może i w warszawskim teatrze. Naprawdę, to oni jedni trzymają wszystko!... Melę chcesz wysadzić?... ależ ona ma sympatyę u publiczności, prasa ją chwali... ma talent!...

— Majkowska ma talent?... Zwaryowałeś panie dyrektorze! Majkowska ma histeryę, ale nie talent! — zawołała podniesionym głosem.

— Ma talent!... niech mnie kaczusie zdziobią, ale Majkowska ma ogromny talent. Ze wszystkich kobiet na prowincyi, tylko ona ma talent i najlepsze warunki.

— A ja?... — spytała groźnie, stając przed nim.

— Ty?... ty także masz talent, ale... — mówił ciszej — ale...

— Tu niema „ale”, tylko jesteś skończonym idyotą, panie dyrektorze!... Nie masz pojęcia o grze, o sztukach, o artystkach, a chcesz je rozdzielać na mniejsze i większe... Ty sam jesteś ogromny artysta, ogromny! Wiesz, jak ty grałeś Franciszka w Zbójcach? wiesz?... nie! to ci powiem... Grałeś, jak szewc, jak cyrkowiec!...

Cabiński skoczył, jakby go kto batem uderzył.

— Nieprawda! Królikowski tak samo grał; radzili mi, żebym naśladował i naśladowałem...