Redaktor stał w przejściu środkowem i rozmawiał z jakimś tłustym blondynem.

— Proszę pana, z którego pisma jest ten redaktor, co przychodzi za kulisy? — spytała Janka inspicyenta, pilnującego ustawiania sceny do następnego aktu.

— Z żadnego pewnie, bo to jest sezonowy, ogródkowy redaktor.

— Nie może być!... mówił mi sam, że...

— Hi! hi! — zaśmiał się cicho — to z pani krowienta jeszcze, żeby wierzyć temu, co publiczność, przychodząca za kulisy, mówi!

— Siedzi przecież w krzesłach prasy — powiedziała Janka, jako argument przekonywujący.

— To cóż?... siedzi tam więcej takiej hołoty. Widzi pani... tylko ten jasny blondyn jest literatem naprawdę i krytykiem teatralnym, a reszta... to takie sobie ptaki letnie: Bóg wie, co za jedni, co robią... a że żyją ze wszystkimi, dużo gadają, mają skądciś pieniądze, są wszędzie na pierwszych miejscach, to się nikt nawet nie pyta, co oni za jedni...

Janka jeszcze słuchała, niemile dotknięta tem odkryciem.

— Ależ prześlicznie, prześlicznie pani wygląda — zawołał redaktor, wpadając na scenę i wyciągając już z daleka ręce do niej. — Istny portret Greuz’a! Tylko więcej odwagi, a wszystko pójdzie, jak po aksamicie. Zrobię jutro wzmiankę o pojawieniu się pani na scenie.

— Dziękuję redaktorowi — powiedziała chłodno, nie patrząc na niego.