— Hej, żyd! chodźno tutaj, jest dla ciebie koszerne miejsce.
— Kasyerze!... perło kasyerów, chodź do nas!...
— Fundamencie towarzystwa!
Kasyer wciąż się kłaniał i witał ze wszystkimi, nie zważając na grad złośliwych docinków.
— Pani dyrektorowa mi daruje, że się spóźniłem, ale to moja rodzina mieszka na Szmulowiźnie, musiałem istotnie siedzieć z nimi do końca święta.
— No i kugiel i szabasówka tak ci smakowały, żeś się nie spieszył na katolicką kolacyę...
— Siadaj pan. Jeżeli jeść pan nie chcesz, to pić ci przecież wolno — zapraszał Cabiński, robiąc mu miejsce obok siebie.
Gold ulokował się ostrożnie, uśmiechając się do wszystkich, gdy tymczasem drwiny, coraz złośliwsze i pogardliwe spojrzenia leciały gradem na jego kędzierzawą, semicką głowę.
Nie zważał na to i zabrał się do jedzenia. Był klasycznie wytrzymałym na ataki podobne i obelgi, których mu nigdy nie szczędzono, mszcząc się za jego łajdactwa i lichwę.
Kiedy trochę zapomniano o nim, zabrał głos.