— Niechże się pani rozgości... Ja zaraz pani służę.
Wyszła do drugiego pokoju.
Janka z ciekawością przyglądała się staroświeckiemu urządzeniu.
Stół mahoniowy z klapami półokrągłemi, pokryty siatkową serwetą o włóczkowem wyszyciu, stał przed ogromną i wysoką kanapą, obciągniętą czarną włosiennicą; krzesła takież same, z oparciami w kształcie lir. Serwantka żółto politurowana w rogu pokoju, pełna była dziwacznej porcelany, zielonawych dzbanuszków, figurynek kolorowych, kieliszków pękatych z monogramami i filiżanek malowanych w kwiaty, na wysokich nóżkach. Zegar pod kloszem, stare, spleśniałe staloryty z epoki cesarstwa, przedstawiające sceny mitologiczne, lampa z zieloną umbrelką na osobnym stoliczku, kilka doniczek mizernych kwiatów na oknie i dwie klatki z kanarkami meblowały ten pokój paradny. Okno wychodziło na podwórze wielkości pokoju i otoczone było wysokimi murami. Było tutaj cicho, ale i smutnie, jakaś woń pleśni, starości i skąpstwa wiała ze wszystkiego.
— Napijemy się kawusi... — mówiła Niedzielska.
Wyjęła z serwantki dwie paradne filiżanki i postawiła je na stole. Poszła potem do kuchni i przyniosła kawę, nalaną już w obtłuczone fajansowe kubki i talerzyk z kilkoma suchemi ciastkami.
— A mój Boże, zapomniałam, że ja już wystawiłam filiżaneczki... No, to nic, przecież i w tych wypijemy, prawda?...
Postawiła kawę i znowu zawołała zakłopotana:
— Zapomniałam cukru! Paniusia lubi kawusię słodką?...
— Nie bardzo...