Stara wyszła; słychać było przez drzwi wybieranie ze szklannego klosza cukru, przyniosła na maleńkiej podstawce dwa kawałki tylko.
— Niechże paniusia pije... Ja bo, widzi pani, już tak ze starości nie mogę nic słodkiego pijać — mówiła czerpiąc kawę łyżeczką i rozdmuchując każdą kroplę.
Janka uśmiechała się z jej tłómaczeń i piła, nie mogąc ukryć wstrętu do kawy obrzydliwej i do tych ciastek, które czuć było pleśnią i szafą sosnową.
Niedzielska rozgadała się o Władku, przysuwała ciągle ten talerzyk z ciastkami i zachęcała do jedzenia.
— No, niech pani sama powie, po co jemu to aktorstwo? Do klas chodził, to mógłby być jakim urzędnikiem przecie... Tylko wstyd nam robi i tyle, że aż się płakać chce. No, bo jak tam kto musi, trudno... to i hyclami są ludzie, ale pewnie nie z rozkoszy... Jego koledzy, a wszystko to ma już i żony i dzieci, są w jakichś profesyach i zarabiają dobrze i po ludzku żyją, jak Pan Bóg przykazał... a on co?... Aktor? I niech pani nie myśli, że myśmy bogaci; domek jest, ale mały i lokatorzy nie płacą i podatki coraz większe, że prawie nic z tego niema... Widzi paniusia... No, może ciasteczko jeszcze?... Czasby i Władeczkowi się ożenić i, powiem pani w sekrecie, że mamy już coś na oku... Władeczek przyrzekł mi, że jeszcze w tym roku rzuci teatr i ożeni się... Poznałam tę przyszłą swoją synowę: śliczne dziecko i dobry ród. Mają na Świętojańskiej sklep z wędlinami i dwa domy, a tylko troje dzieci; na każde padnie ładny grosz!... Jużbym chciała, żeby to jak najprędzej się stało, bo co ja mam z nim zmartwienia!... Mój Boże, ja się nie skarżę, ale on i napić się lubi i stracić lubi, jak jego ojciec... Tak, tak i ożenić się musi bogato. Obywatelski syn, to moja paniusiu, jakżeby on wyglądał, gdyby się ożenił z taką, co nic nie ma!... byłoby to nieszczęście dla tej dziewczyny, coby wyszła za niego... nieszczęście!... Znam ja trochę świat, znam!
I tak opowiadała dalej cichutkim głosem, szepleniąc trochę i spieszczając dźwięki ze starości i poruszyła się niby cień nikły, tak była sucha i malutka. Na jej nizkiem, pomarszczonem czole leżała troska o ukochanego Władeczka i w wyblakłych, niebieskich oczach tkwił ciągły niepokój.
Jance spać się po prostu zachciało, słuchając jej monotonnego głosu w tej ciszy, jaka panowała w mieszkaniu. Podniosła się do wyjścia.
— Niech paniusia zajdzie tu do mnie czasami, moja droga, będę bardzo rada.
Pożegnała ją serdecznie i jeszcze wychyliła się lufcikiem, patrząc za Janką z jakimś dyplomatycznym uśmiechem.
Niedzielska umyślnie po kolei zapraszała do siebie wszystkie ładniejsze kobiety z teatru i opowiadała im o małżeństwie Władeczka, żeby im z głów wybijać jakie zamysły na niego.