Janka przed bramą spotkała się z Władkiem, który aż krzyknął z zdziwienia.

— Pewnie pani była u matki! — zawołał, nie witając się.

— Przecież w tem niema nie złego — odpowiedziała, uśmiechając się z jego pomieszania.

— Jak Boga kocham, ta stara waryatka kompromituje mnie tylko. Pewnie opowiadała o mojem małżeństwie, jaki ja jestem hultaj, no i t. d. Śmieszne dzieciństwo. Ja panią bardzo przepraszam...

— Wcale mnie to nie gniewało.

— Tylko śmieszyło, wiem, bo to przecież idyotyczne... Cały teatr śmieje się ze mnie, bo już tutaj były wszystkie panie.

— Jest w tem trochę dziwactwa, ale to dziwactwo pochodzi z miłości... matka kocha pana.

— Już mi ta miłość kością w gardle stoi! — odparł kwaśno i chciał coś więcej jeszcze mówić, ale Janka skinęła mu głową w milczeniu i poszła.

Władek nie śmiał iść za nią i zły pobiegł do matki.

Jance przypomniało to dom i aż zadrżała do smętnie wyłaniających się wspomnień.