— Brawo, Wawrzek!

Ożywili się wszyscy i już nic nie roztrząsano, tylko paplano, co ślina przyniosła.

— Zacni i zacne!... Chmurzy się na niebie, a na ziemi już pustki w butelkach. Zmykajmy.

— A jak?

— Pójdziemy pieszo, jest co najwyżej mila do Warszawy.

— A koszyki?

— Wynajmiemy jakiego drabanta... Idę się tem zająć — zawołał Wawrzecki i pobiegł w kierunku klasztoru.

Zanim wrócił, już wszyscy byli gotowi do drogi. Nastrój podniósł się jeszcze, bo Mimi tańczyła z Głogowskim walca na trawniku. Topolski był tak pijany, że ciągle rozmawiał ze sobą, albo kłócił się z Majkowską. Kotlicki uśmiechał się i trzymał się blizko Janki, rozbawionej i wesołej niezmiernie. Uśmiechała się do niego i rozmawiała, nie pamiętając prawie jego oświadczyn. Był pewnym, że to wrażenie ześlizgnęło się tylko po jej duszy i przepadło w niepamięci.

Szli bezładnie, jak z wycieczki.

Janka z liści dębowych wiła wieniec, a Kotlicki jej pomagał i bawił ją pikantnemi uwagami. Słuchała, ale gdy weszli w las większy, prawdziwy, zarośnięty u dołu krzakami, spoważniała i przyglądała się tak radośnie drzewom, z taką pieszczotą dotykała się pni i gałęzi, tak się jej usta i oczy rozjaśniły radością jakąś, że Kotlicki zapytał, wskazując na las: