Przepatrywała ten cały czas, jaki była w teatrze, tak dokładnie, że widziała prawie dzień po dniu, scenę po scenie.

— Com zrobiła?... — zapytała siebie samej, obrywając prawie zwiędły bukiet Grzesikiewicza.

— Jestem w teatrze — odpowiadała.

I zarysował się znowu w jej mózgu ten cały świat, w którym żyła, i wydał się jej dziwnym, bardzo dziwnym w zestawieniu z tym swoim dawnym światem. Oglądała obydwa jakby z wysokości jakiejś i uczuła, że sama jest jakby na rozdrożu i że dwa te światy mają inne ruchy i inne centra przyciągające.

Myślała długo nad swoją przyszłością, tylko jakoś nieświadomie, bała się zagłębiać w myślach i stawiać jakieś wyraźniejsze przypuszczenia, gdyż czuła, że ją zaraz jakaś ciemność chwyta i zaczyna krępować jej myśli.

Zajęła się jakiemś szyciem i powoli myśli jej przybrały inny kierunek. Wytrzeźwiała prawie i choć myślała jeszcze czasami o tych wróżbach mecenasa, one już nie czyniły na niej takiego wrażenia.

Wieczorem tegoż dnia przysłał jej mecenas za kulisy przez posłańca bukiet, pudełko cukierków i list, zapraszający na kolacyę do „Sielanki”, wzmiankując, że będzie i Majkowska z Topolskim.

Przeczytała i, nie wiedząc co począć, zapytała Sowińskiej.

— Bukiet sprzedać, cukierki zjeść i pójść na kolacyę.

— Pani mi radzi?...