Popatrzyły sobie w oczy z uśmiechniętą pogardą i rozeszły się.
Janka zaczynała czuć głęboką niechęć do koleżanek, połączoną nawet z pewnym wstrętem. Znała już je wszystkie doskonale, tak, że wydawały się jej gromadą papug, tak były bezmyślne, złe i głupie. Irytowały ją swoją wieczną paplaniną o strojach i mężczyznach. Przejmowały ją wprost gniewem ich twarze uśmiechnięte i myśli swobodne. Ona, co śmiała się bardzo rzadko i to tylko ustami, a prawie nigdy sercem, nie mogła znieść wesołości, powstającej z byle czego.
Poszła na lekcyę do Cabińskiej, ale nie mogła zapomnieć tego pogardliwego zżymnięcia ramion Sowińskiej i słów dzisiejszych Majkowskiej.
— „Choćbyś była czystą jak śnieg, nie ujdziesz potwarzy. Idź do klasztoru!” — powtórzyła kilka razy, ale uderzyło ją nie pierwsze zdanie, tylko drugie.
— Nie, nie!... — mówiła, odpychając od siebie jakieś widma ze wstrętem.
Skończyła lekcyę i długo potem grała nocturny Chopinowskie, znajdując w ich melancholii jakąś ulgę na własne smutki.
— Panno Janino!... Mąż tu zostawił rolę dla pani!... — zawołała dyrektorowa z drugiego pokoju.
Janka zamknęła fortepian i zaczęła przeglądać tę rolę. Rola ta składała się z kilkudziesięciu wyrazów ze sztuki Głogowskiego i nie zadawalniała jej wcale, gdyż była małym tylko epizodem, ale serce jej zadrgało żywiej, bo to miał być pierwszy występ prawdziwy.
Sztukę odłożono, do przyszłego czwartku i miano z niej robić codziennie po południu próby, bo Głogowski prosił o to i fundował wszystkim codziennie, byle się tylko ról uczyli.
W kilka dni po otrzymaniu tej pierwszej roli, skończył się miesiąc mieszkania Janki u Sowińskiej. Przypomniała jej o tem stara rano, prosząc o pieniądze jak można najprędzej.