— Widzi pani, jest tak: że kobiety, a szczególniej na scenie, to część minimalną powodzenia winny swojemu talentowi — sobie; drugą kochankom, którzy je protegują, a resztę galanteryi mężczyzn, którzy mają nadzieję protegować je kiedyś...

Janka, pomimo, że się czuła dotkniętą, nic nie odpowiedziała, bo się jej błyskawicznie zarysowała Majkowska, a za nią Topolski, Mimi i Wawrzecki w cieniu, Kaczkowska i jeden z dziennikarzy i tak dalej, prawie wszystkie, więc spuściła głowę dosyć smutnie i milczała.

— Niech się pani na mnie nie gniewa, bo to się jej jeszcze nie tyczy. Stwierdziłem tylko fakt, jaki mi się nasunął na myśl.

— Nie, nie gniewam się, bo przyznaję panu zupełną słuszność.

— Z panią tak nie będzie, ja to czuję.. Chodźmy już!... — zawołał nagle, zrywając się z ławki.

— Jeszcze coś powiem... — rzekł Głogowski, kiedy już szli alejami z powrotem. — Powiem to, co i pierwszego dnia, w którym poznałem panią, na Bielanach: zostańmy przyjaciółmi!... Niema co, ale człowiek jest bydlęciem stadowem: potrzebuje zawsze mieć kogoś niedaleko siebie, żeby mu było jakotako na świecie... Człowiek nie stoi samotnie; musi się opierać, zazębiać o drugich, musi łączyć swoje istnienie z drugiemi, iść razem i czuć razem, żeby mógł coś robić... Jużci, że najzupełniej wystarcza jedna dusza spowinowacona. Zostańmy przyjaciółmi!...

— Dobrze — odpowiedziała Janka — ale postawię jeden warunek.

— Prędzej na miłość Boską, bo go może nie przyjmę!

— Oto... niech mi pan da słowo honoru, że mi pan nigdy, nigdy nie będzie mówił o miłości, że się pan nie zakochasz we mnie i będziesz ze mną postępował, jak z młodszym trochę kolegą. Możesz się pan nawet zwierzać z miłości i wszelkich zawodów sercowych.

— Zgoda na całej linii; pieczętuję to uroczystem słowem honoru! — wołał uradowany Głogowski. — Moje warunki są takie: szczerość zupełna i bezwzględna, zaufanie nieograniczone... Amen!