Janka śmiała się, sprzeczała z Wawrzeckim, ale już nie wiedziała dobrze, co się z nią dzieje. Pokój zaczynał z nią wirować, świece się wydłużały do wielkości pochodni; miała szaloną ochotę tańczyć, to butelkami puszczać kaczki, bo się jej olbrzymie zwierciadła zaczęły wydawać wodą; to znowu koniecznie chciała zrozumieć Głogowskiego, który czerwony, pijaniuteńki, z rozczochraną głową i krawatem na plecach, krzyczał najgłośniej, wymachiwał rękami, bił pięścią zamiast w stół, w brzuch Glasa i spluwał na kolana Cabińskiego, który obok drzemał na krześle i tylko mruczał:
— Za pozwoleniem!...
Ale Głogowski tego nie słyszał i krzyczał dalej:
— Za drzwi ze znawstwem publiki! Sztuka jest zła, ja to wam mówię!... A że inni krzyczeli... że wy mówicie, to właśnie racya, że tylko ja mam racyę... Było was tysiąc, więc tem trudniej w tysiąc zdobyć się na prawdę... Jednostka jest człowiekiem, ale tłum stadem, które nic nie wie...
— „Hromada wełykij czołowik!” powiada przysłowie... — szepnął sentencyonalnie Kotlicki.
— I mówi głupstwo! Gromada, to tylko wielki krzyk, wielkie złudzenie, wielka halucynacya.
— Pan, mój mistrzu, jesteś arystokrata i indywidualista.
— Ja jestem Głogowski... Głogowski, panie, od kolebki aż poza trumnę.
— To znaczy?...
— Możesz pan sobie tłumaczyć, jak ci się podoba.